Nie wierzę, że to tu napiszę…
Ze wszystkich projektów Disneya ostatnich lat, rzecz, którą śledzę najbardziej to przygotowywana aktorska wersja Mulan.
Z Mulan jest zabawnie. Sam film pierwszy raz obejrzałem jakoś w miesiąc po premierze w kinie Mewa w Piasecznie (to kino miało zawsze obsuwy jak większość tego typu podmiejskich przybytków). Zapędzili mnie tam rodzice, ot, bo ktoś “musiał” towarzyszyć mojemu młodszemu bratu, sam pójść nie mógł (oni sami nie mieli czasu, czy coś). Podreptałem tam z gorzką miną dzieciaka, który zgrywał na typa, który wcale nie chce tam być. Rozsiadłem się i… cholera, pokochałem ten film.
Mulan, końcówka lat dziewięćdziesiątych, polski dubbing (czasy, kiedy nie budził automatycznej reakcji “żenada”). Zadziałało. Po dziś dzień potrafię z miejsca wyrzucić z siebie kilka głupkowatych cytatów z Mushu (“smoka, smoka, nie jaszczurkę…”) mając w głowie głos starego Stuhra (a nie tak jak reszta świata Murphy'ego).
Dobra, koniec ze wspominkami. Ważne jest to, że aktorska wersja poradziła sobie jednak z castingiem, obsadzając w roli Mulan - Liu Yifei (np. Zakazanego królestwo, Tyrania). Moje wszelkie “po co? dlaczego?” idzie w odstawkę.
Tak, istnieje spora szansa, że będę o Mulan spamował prawie jak o Fury Road.

